- Gotowa? - zapytała mama?
- Tak. - powiedziałam i podniosłam się. Wzięłam walizkę i zeszłam z nią na dół, ciągnąc ją za sobą i robiąc przy tym mnóstwo hałasu.
- Czy ty nie możesz znieść jej normalnie? - zapytał mój brat - Tomek.
- Gdybym była normalna to tak, ale widzisz, że mam dzisiaj inny dzień niż zwykle.
- No właśnie widzę, że dziś myślisz tylko i wyłącznie lewą półkulą.
- Skończcie. - powiedział tata. Następnie wyszliśmy z domu i skierowaliśmy się na lotnisko, gdzie czekała już Veronica i jej rodzice. Pożegnałyśmy się z naszymi rodzicami i poszłyśmy do samolotu.
x x x
Spojrzałem jeszcze raz na tłumy, głównie dziewczyn, które wykrzykiwały imiona poszczególnych swoich idoli. Przeważnie były ubrane w koszulki z naszą okładką płyty lub t-shirty typu: 'I <3 Zayn Malik.' Na rękach i na twarzy miały napisane nasze imiona lub nazwę zespołu, a w dłoniach transparenty ze słowami, które kiedykolwiek powiedzieliśmy w wywiadzie, na koncercie lub w video dairy. Niektóre zamiast transparentów miały flagi Irlandii, co znaczyło, że są wiernymi fankami naszego kochanego żarłoka. No i niech on mi teraz powie, że ma najmniej fanów to zabije na miejscu. Ale wracając do ubioru dziewczyn na naszych koncertach to nie wszystkie miały koszulki z wyznaniem swojej miłości. Były również dziewczyny ubrane w tak zwane symboliczne ubrania. To znaczy: szelki, bluzka w paski i czerwone rurki to znak rozpoznawczy dla fanek Marchewkożercy, marynarka, t-shirt i rurki - dla naszego flirciarza, koszulki polo - dla kochanego głodomora, koszula w kratę - dla naszego tatusia, a bejsbolówki w różnych kolorach - dla mnie. Natomiast te, które miały wejściówki VIP ubierały się najlepiej jak mogły. Nie było już bluzek typu: 'I <3 One Direction' tylko już markowe t-shirty, markowe rurki i oczywiście markowe buty. Usłyszałem jak Lou - nasza stylistka - mnie woła, więc podążyłem w stronę naszej szatni. Dostałem kilkuminutowe kazanie na temat: gdzie się podziewałem?. Potem wskazała swoim wskazującym palcem na krzesło, zrobiłem co kazała. Lou wzięła do ręki żółtą tubkę, podejrzewam, że z żelem do włosów, i wycisnęła sobie przeźroczystą maź na swoją dłoń, a następnie wtarła w moje włosy tak żeby przez dwie godziny ani nie drgnęły. Gdy już ułożyła moje włosy, podała mi biało-niebieską bejsbolówkę. Założyłem ją i razem z chłopakami poszliśmy się przygotować do koncertu. Niall jak co koncert otworzył paczkę żelków Haribo i podał każdemu. Ja tradycyjnie wziąłem zielony. Włożyłem go do buzi, przeżułem i połknąłem. Każdy z nas dostało własny mikrofon. Czekaliśmy na znak, kiedy możemy w końcu wyjść na scenę i dać z siebie wszystko. Paul - nasz menager - kiwnął głową, co miało znaczyć, że czas zaczynać. Pierwszy na scenę wbiegł Niall, ze swoim skokiem, który - jak twierdzi - pokonuje grawitację, drugi był Liam, Harry, Louis i na samym szarym końcu ja. Staliśmy w bezruchu, czekając aż nasz cudowny zespół zacznie grać. Usłyszeliśmy pierwsze dźwięki piosenki 'Na na na' i zaczęliśmy śpiewać.
* * *
''I chociaż robimy co możemy, by uniknąć bólu... czasem nie da się przed
nim uchronić. Czasami to jedyne, co pozostało... po prostu czuć.''








